czwartek, 2 czerwca 2011

Legalize it?

ONZ wyprodukował kolejny zwitek papieru, któy odbił się szerokim echem po całym świecie (a już na pewno wśród wielu bezpośrednio zainteresowanych tematem moich przyjaciół), dotyczący polityki narkotykowej. Zaczyna się on tak: 'The global war on drugs has failed, with devastating consequences for individuals and societies around the world [...] Our principles and recommendations can be summarized as follows:
End the criminalization, marginalization
and stigmatization of people who use drugs but who do no harm to others. Challenge rather than reinforce common misconceptions about drug markets, drug use and
drug dependence.
Encourage experimentation by governments with models of legal regulation of drugs to undermine the power of organized crime and safeguard the health and security of their citizens.'
Ponieważ ONZ nie wierzę jak psu to przecierałem oczy ze zdumienia, póki nie obudził się we mnie adwokat diabła. Jaki interes w takim stwierdzeniu ma ONZ ta najbardziej wyrazista agenda Babilonu?
Środki zmieniające świadomość mają potencjalnie olbrzymi potencjał wywoływania społecznych zmian i ich ciągła kryminalizacja jest w naoczny sposób absurdem. Zamiast czynić więc ich używanie przestępstwem należy uczynić je chorobą. Medycyna jest bowiem najmiększym narzędziem opresji. Od czerwca 2011 będziemy więc mogli śpiewać jak w piosence Apteki 'Jestem': Jestem, jestem i chodzę po ulicach. Nie jestem zły. Jestem chory psychicznie'

Pełen tekst raportu można znaleźć tutaj.

A jak komuś się nie chce czytać to zawsze może posłuchać Apteki.

wtorek, 31 maja 2011

Dźwięki odległych miast i miejsc

Wieczorami słucham na dyżurach muzyki, którą lubię. Ostatnio dużo zespołu historion/histerion

poniedziałek, 23 maja 2011

Raport z końca świata

Stada i stadka. Płonące opony. Grupy w szalikach na twarzach. Ryczace, odurzone alkoholem watahy. Zawsze wiedziałem, że koniec świata będzie w stylu Doris Lessing, będzie według frazy McCarty'ego raczej niż w postaci gorejącej fali zniszczenia. Nawet Grímsvötn wypuśił z siebie kłąb pary zamiast potoku lawy. Apokalipsa nadeszła więc rozmytą falą trochę tylko złagodzona nawałnicą, która zatrzymała niektórych w domach. Maj i czerwiec mają taki apokaliptyczny klimat. W ubiegłym roku gdy wzbierała woda i odcinała ulicę po ulicy, gdy zamykały się śluzy i w końcu zamknięto most, wokół tego wciąż toczyło się życie. Armageddon toczy się wciąż i wszędzie. I dopiero nad ranem, już po świcie kiedy wszystko ucichło oprócz ptaków i coraz mocniej grzejącego słońca, wśród koszów zapchanych zakrwawionymi opatrunkami, stosów papierów, smug gipsu usiadłem i pomyślałem że tak jak i koniec świata tak i jego początek dzieje się wciąż i wszędzie

piątek, 20 maja 2011

Jutro koniec świata

Wiem,wiem wszyscy śmiejecie się z wyliczeń pastora Campinga, ale przecież każdy koniec świata ma swój rozmiar. Ja w jego przepowiednie wierzę - z pewnością przewidział koniec świata który nadchodzi wielkimi krokami w dniu jutrzejszym do naszego szpitala. Jutro zaatakują nas czterej jeźdźcy apokalipsy - pierwszy: finałowy koncert juwenaliowy; drugi - Dni Miasta S. które to wydarzenuie kulturalne jest zawsze bogatym źródłem ran kłutych ciętych i miażdżonych; trzeci - kibice jednego klubu prostestują przed stadionem drugiego klubu ponieważ nie zostali wpuszczeni na mecz; czwarty - do pracy do obsługi ofiar trzech pierwszych jeźdźców przychodzi pan Adam mój ulubiony technik radiologii. Ponieważ koniec świata zastanie mnie w szpitalu obiecuję w miarę możliwości relację na żywo

wtorek, 26 kwietnia 2011

Rasizm genetyczny

Wchodzę do sali zabiegowej. Świeżo rozbudzony. Do zabiegu przygotowuje się pan - rozebrał się już do pasa i prezentuje dziwny odcień skóry

- Ha, czyżby pan chorował na chorobę Addisona?

Pan spogląda na mnie zdziwiony.

- No wie pan, cisawica. Niewydolność nadnerczy (wiem bo to jedna z trzech internistycznych chorób, które pamiętam)

- A z czego to Pan wnioskuje - pyta się pan?

- No ma pan taką ciemną skórę

- Bo ja proszę pana jestem Hindusem. Urodziłem się w w Uttar Pradesh.

Głupio nie?

piątek, 15 kwietnia 2011

No man's land - opowieść medyczna z pogranicza

Mój były oberpies opowiadał mi swoje przygody z Dzikiego Wschodu, gdy budowano tam cywilizację przemysłową (wczesne lata 80).
Pogranicze było obsługiwane przez dwie stacje pogotowia - jedną w Ełku, a drugą w Giżycku. Granicę ich rejonów stanowił most na rzece Staśwince. Lewobrzeżna część dorzecza Staświnki należała do Ełku, a prawobrzeżna do Giżycka.
Pewnego dnia mój oberpies został wezwany do pana leżącego koło mostu na Staśwince. Dojeżdżają, a tam pan ani zipie. Co tu robić myślą sobie szeryfowie? Jak nie żyje pomóc może mu się już nie da, a dokumentację wypełnić trzeba. Wzięli więc pana za nogi za ręce i przenieśli na prawy brzeg Staświnki, po czym wiedzeni obywatelskim poczuciem obowiązku zadzwonili na stację Pogotowia w Giżycku i anonimowo poinformowali ją, że na brzegu Staświnki leży chory, który potrzebuje pomocy medycznej. Powrócili do Ełku. Nie mijają dwie godziny a tu wezwanie - anonimowe. Że koło mostu na Staśwince leży chory i trzeba mu pomóc. Jadą, a tam ten sam pan nadal martwy. Wyjaśnienie są dwa - albo pan ożył przeszedł na drugą stronę i znów umarł. Albo szeryfowie z Giżycka wpadli niezależnie na ten sam pomysł. Jak widać rozwiązania oczywiste pojawiają się w historii ludzkości w wielu miejscach niezależnie.

piątek, 1 kwietnia 2011

Podwójne życie Dr Benway - niskobudżetowy remake Kieślowskiego wyprodukowany przez NFZ

W swoim drugim życiu myję się pianką myjącą pielęgnującą z dodatkiem oliwki dla osób starszych, przemykam korytarzami pomieszczeń za które nie płacę czynszu ciągnąc za sobą zamach świeżo wymytej pieluchy. Krem do twarzy to wazelina (do badań per rectum), a krem do rąk maść miodowa (na oparzenia). Gdybym nie był niewidzialny można by wyśledzić po jej zapachu kto podkrada kubki rozwodnionego kompotu i kromki wysuszonego chleba z wózków z inoksowej stali, na których rozwożą chorym jedzenie. Golę się jednorazowymi maszynkami do golenia łona przed porodem, a jako balsam po goleniu używam Prontosanu do rozpuszczania bakteryjnego biofilmu. Wycieram się jednorazowymi ręcznikami dołączanymi do operacyjnych fartuchów i przebieram w stosy podkoszulek pozostawianych przez repów i podkradane innym fartuchy. Nie noszę pod spodem bielizny bo ma zbyt osobisty wydźwięk. To nie wypada. Po zmroku w przerwie między pacjentami wykradam klucz do zakładu rehabilitacji i ćwiczę na rzeźbę w klatce dla sparaliżowanych chorych. Sępię poutykane wszędzie niedopałki pośpiesznie odgaszanych w biegu na salę operacyjną papierosów. Odzyskuję jednorazowe narzędzia i korzystam z talerzy i kubków wykradzionych pacjentom. Tylko buty ciężko jest pozyskać w szpitalnym ekosystemie dbam więc bardzo o tę jedyną rzecz, dzięki której pamiętam co to jest ‘swoje’ i co to ‘ja’. Zszywam je grubym Ticronem (do szycia ścięgien). Leczę się próbkami maści ze sztywnej powtarzalności kolejnego poranka na delikatnie łaskoczącej kiełkującym sprężynami wersalce z kurzu. Palę blanty wyłudzone od policjantów, którzy doprowadzają zatrzymanych do badania i spijam łapówkowe alkohole. Czasem wyobrażam sobie, że jadę gdzie indziej. Wsiadam do pustej karetki i spryskuję szybę zmywając z niej niestniejący kurz wakacyjnej podróży. W garażu unosi się zapach taniego koniaku bo taki mam płyn do spryskiwaczy. Mam nawet swoje kino, zamykam się w zakłądzie radiologii, wyłączam światło i włączam na wielkim ekranie ostatnią tomografię. Siedzę w szaroniebieskim świetle i zamiast popcornu jem barytową papkę do badań kontrastowych.
Od czasu gdy okulistki zarzuciły import docelowy chlorowodorku nie mogę iść w ślady doktora Krogshøja i odzyskiwać go z wacików. Pobudzam się zwyczajnie jak wszyscy epinefryną i kawą z fusami - kawa zawsze jest w którejś z niezliczonych w szpitalu szafek.
Czasem tylko mijam się oddzielony grubym murem ze swoim drugim ja. Każdy z nas podejrzewa istnienie tego drugiego, ale go nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Idziemy dalej. Jeden w poszukiwaniu niedojedzonego obiadu, drugi w innym kierunku tak odległym, jak dla tego pierwszego wyprawa do post mortem.
Zamiast seksu wystarczać musi badanie pacjentek i pacjentów rozebranych do pasa, ale nadal w skarpetkach. Zamiast społeczeństwa mały kosmos dyżurowej społeczności.
Ten drugi szybko zapomina o tym pierwszym. Biegnie lekkim krokiem nad rzeką. Na wodzie są kaczki. Świeci Słońce.
Ten pierwszy myśli, że wszyscy o nim zapomnieli. Tak naprawdę to tylko zapomniał on, zapomniał że to nieprawda.