poniedziałek, 23 maja 2011
Raport z końca świata
Stada i stadka. Płonące opony. Grupy w szalikach na twarzach. Ryczace, odurzone alkoholem watahy. Zawsze wiedziałem, że koniec świata będzie w stylu Doris Lessing, będzie według frazy McCarty'ego raczej niż w postaci gorejącej fali zniszczenia. Nawet Grímsvötn wypuśił z siebie kłąb pary zamiast potoku lawy. Apokalipsa nadeszła więc rozmytą falą trochę tylko złagodzona nawałnicą, która zatrzymała niektórych w domach. Maj i czerwiec mają taki apokaliptyczny klimat. W ubiegłym roku gdy wzbierała woda i odcinała ulicę po ulicy, gdy zamykały się śluzy i w końcu zamknięto most, wokół tego wciąż toczyło się życie. Armageddon toczy się wciąż i wszędzie. I dopiero nad ranem, już po świcie kiedy wszystko ucichło oprócz ptaków i coraz mocniej grzejącego słońca, wśród koszów zapchanych zakrwawionymi opatrunkami, stosów papierów, smug gipsu usiadłem i pomyślałem że tak jak i koniec świata tak i jego początek dzieje się wciąż i wszędzie
piątek, 20 maja 2011
Jutro koniec świata
Wiem,wiem wszyscy śmiejecie się z wyliczeń pastora Campinga, ale przecież każdy koniec świata ma swój rozmiar. Ja w jego przepowiednie wierzę - z pewnością przewidział koniec świata który nadchodzi wielkimi krokami w dniu jutrzejszym do naszego szpitala. Jutro zaatakują nas czterej jeźdźcy apokalipsy - pierwszy: finałowy koncert juwenaliowy; drugi - Dni Miasta S. które to wydarzenuie kulturalne jest zawsze bogatym źródłem ran kłutych ciętych i miażdżonych; trzeci - kibice jednego klubu prostestują przed stadionem drugiego klubu ponieważ nie zostali wpuszczeni na mecz; czwarty - do pracy do obsługi ofiar trzech pierwszych jeźdźców przychodzi pan Adam mój ulubiony technik radiologii. Ponieważ koniec świata zastanie mnie w szpitalu obiecuję w miarę możliwości relację na żywo
wtorek, 26 kwietnia 2011
Rasizm genetyczny
Wchodzę do sali zabiegowej. Świeżo rozbudzony. Do zabiegu przygotowuje się pan - rozebrał się już do pasa i prezentuje dziwny odcień skóry
- Ha, czyżby pan chorował na chorobę Addisona?
Pan spogląda na mnie zdziwiony.
- No wie pan, cisawica. Niewydolność nadnerczy (wiem bo to jedna z trzech internistycznych chorób, które pamiętam)
- A z czego to Pan wnioskuje - pyta się pan?
- No ma pan taką ciemną skórę
- Bo ja proszę pana jestem Hindusem. Urodziłem się w w Uttar Pradesh.
Głupio nie?
- Ha, czyżby pan chorował na chorobę Addisona?
Pan spogląda na mnie zdziwiony.
- No wie pan, cisawica. Niewydolność nadnerczy (wiem bo to jedna z trzech internistycznych chorób, które pamiętam)
- A z czego to Pan wnioskuje - pyta się pan?
- No ma pan taką ciemną skórę
- Bo ja proszę pana jestem Hindusem. Urodziłem się w w Uttar Pradesh.
Głupio nie?
piątek, 15 kwietnia 2011
No man's land - opowieść medyczna z pogranicza
Mój były oberpies opowiadał mi swoje przygody z Dzikiego Wschodu, gdy budowano tam cywilizację przemysłową (wczesne lata 80).
Pogranicze było obsługiwane przez dwie stacje pogotowia - jedną w Ełku, a drugą w Giżycku. Granicę ich rejonów stanowił most na rzece Staśwince. Lewobrzeżna część dorzecza Staświnki należała do Ełku, a prawobrzeżna do Giżycka.
Pewnego dnia mój oberpies został wezwany do pana leżącego koło mostu na Staśwince. Dojeżdżają, a tam pan ani zipie. Co tu robić myślą sobie szeryfowie? Jak nie żyje pomóc może mu się już nie da, a dokumentację wypełnić trzeba. Wzięli więc pana za nogi za ręce i przenieśli na prawy brzeg Staświnki, po czym wiedzeni obywatelskim poczuciem obowiązku zadzwonili na stację Pogotowia w Giżycku i anonimowo poinformowali ją, że na brzegu Staświnki leży chory, który potrzebuje pomocy medycznej. Powrócili do Ełku. Nie mijają dwie godziny a tu wezwanie - anonimowe. Że koło mostu na Staśwince leży chory i trzeba mu pomóc. Jadą, a tam ten sam pan nadal martwy. Wyjaśnienie są dwa - albo pan ożył przeszedł na drugą stronę i znów umarł. Albo szeryfowie z Giżycka wpadli niezależnie na ten sam pomysł. Jak widać rozwiązania oczywiste pojawiają się w historii ludzkości w wielu miejscach niezależnie.
Pogranicze było obsługiwane przez dwie stacje pogotowia - jedną w Ełku, a drugą w Giżycku. Granicę ich rejonów stanowił most na rzece Staśwince. Lewobrzeżna część dorzecza Staświnki należała do Ełku, a prawobrzeżna do Giżycka.
Pewnego dnia mój oberpies został wezwany do pana leżącego koło mostu na Staśwince. Dojeżdżają, a tam pan ani zipie. Co tu robić myślą sobie szeryfowie? Jak nie żyje pomóc może mu się już nie da, a dokumentację wypełnić trzeba. Wzięli więc pana za nogi za ręce i przenieśli na prawy brzeg Staświnki, po czym wiedzeni obywatelskim poczuciem obowiązku zadzwonili na stację Pogotowia w Giżycku i anonimowo poinformowali ją, że na brzegu Staświnki leży chory, który potrzebuje pomocy medycznej. Powrócili do Ełku. Nie mijają dwie godziny a tu wezwanie - anonimowe. Że koło mostu na Staśwince leży chory i trzeba mu pomóc. Jadą, a tam ten sam pan nadal martwy. Wyjaśnienie są dwa - albo pan ożył przeszedł na drugą stronę i znów umarł. Albo szeryfowie z Giżycka wpadli niezależnie na ten sam pomysł. Jak widać rozwiązania oczywiste pojawiają się w historii ludzkości w wielu miejscach niezależnie.
piątek, 1 kwietnia 2011
Podwójne życie Dr Benway - niskobudżetowy remake Kieślowskiego wyprodukowany przez NFZ
W swoim drugim życiu myję się pianką myjącą pielęgnującą z dodatkiem oliwki dla osób starszych, przemykam korytarzami pomieszczeń za które nie płacę czynszu ciągnąc za sobą zamach świeżo wymytej pieluchy. Krem do twarzy to wazelina (do badań per rectum), a krem do rąk maść miodowa (na oparzenia). Gdybym nie był niewidzialny można by wyśledzić po jej zapachu kto podkrada kubki rozwodnionego kompotu i kromki wysuszonego chleba z wózków z inoksowej stali, na których rozwożą chorym jedzenie. Golę się jednorazowymi maszynkami do golenia łona przed porodem, a jako balsam po goleniu używam Prontosanu do rozpuszczania bakteryjnego biofilmu. Wycieram się jednorazowymi ręcznikami dołączanymi do operacyjnych fartuchów i przebieram w stosy podkoszulek pozostawianych przez repów i podkradane innym fartuchy. Nie noszę pod spodem bielizny bo ma zbyt osobisty wydźwięk. To nie wypada. Po zmroku w przerwie między pacjentami wykradam klucz do zakładu rehabilitacji i ćwiczę na rzeźbę w klatce dla sparaliżowanych chorych. Sępię poutykane wszędzie niedopałki pośpiesznie odgaszanych w biegu na salę operacyjną papierosów. Odzyskuję jednorazowe narzędzia i korzystam z talerzy i kubków wykradzionych pacjentom. Tylko buty ciężko jest pozyskać w szpitalnym ekosystemie dbam więc bardzo o tę jedyną rzecz, dzięki której pamiętam co to jest ‘swoje’ i co to ‘ja’. Zszywam je grubym Ticronem (do szycia ścięgien). Leczę się próbkami maści ze sztywnej powtarzalności kolejnego poranka na delikatnie łaskoczącej kiełkującym sprężynami wersalce z kurzu. Palę blanty wyłudzone od policjantów, którzy doprowadzają zatrzymanych do badania i spijam łapówkowe alkohole. Czasem wyobrażam sobie, że jadę gdzie indziej. Wsiadam do pustej karetki i spryskuję szybę zmywając z niej niestniejący kurz wakacyjnej podróży. W garażu unosi się zapach taniego koniaku bo taki mam płyn do spryskiwaczy. Mam nawet swoje kino, zamykam się w zakłądzie radiologii, wyłączam światło i włączam na wielkim ekranie ostatnią tomografię. Siedzę w szaroniebieskim świetle i zamiast popcornu jem barytową papkę do badań kontrastowych.
Od czasu gdy okulistki zarzuciły import docelowy chlorowodorku nie mogę iść w ślady doktora Krogshøja i odzyskiwać go z wacików. Pobudzam się zwyczajnie jak wszyscy epinefryną i kawą z fusami - kawa zawsze jest w którejś z niezliczonych w szpitalu szafek.
Czasem tylko mijam się oddzielony grubym murem ze swoim drugim ja. Każdy z nas podejrzewa istnienie tego drugiego, ale go nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Idziemy dalej. Jeden w poszukiwaniu niedojedzonego obiadu, drugi w innym kierunku tak odległym, jak dla tego pierwszego wyprawa do post mortem.
Zamiast seksu wystarczać musi badanie pacjentek i pacjentów rozebranych do pasa, ale nadal w skarpetkach. Zamiast społeczeństwa mały kosmos dyżurowej społeczności.
Ten drugi szybko zapomina o tym pierwszym. Biegnie lekkim krokiem nad rzeką. Na wodzie są kaczki. Świeci Słońce.
Ten pierwszy myśli, że wszyscy o nim zapomnieli. Tak naprawdę to tylko zapomniał on, zapomniał że to nieprawda.
Od czasu gdy okulistki zarzuciły import docelowy chlorowodorku nie mogę iść w ślady doktora Krogshøja i odzyskiwać go z wacików. Pobudzam się zwyczajnie jak wszyscy epinefryną i kawą z fusami - kawa zawsze jest w którejś z niezliczonych w szpitalu szafek.
Czasem tylko mijam się oddzielony grubym murem ze swoim drugim ja. Każdy z nas podejrzewa istnienie tego drugiego, ale go nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Idziemy dalej. Jeden w poszukiwaniu niedojedzonego obiadu, drugi w innym kierunku tak odległym, jak dla tego pierwszego wyprawa do post mortem.
Zamiast seksu wystarczać musi badanie pacjentek i pacjentów rozebranych do pasa, ale nadal w skarpetkach. Zamiast społeczeństwa mały kosmos dyżurowej społeczności.
Ten drugi szybko zapomina o tym pierwszym. Biegnie lekkim krokiem nad rzeką. Na wodzie są kaczki. Świeci Słońce.
Ten pierwszy myśli, że wszyscy o nim zapomnieli. Tak naprawdę to tylko zapomniał on, zapomniał że to nieprawda.
piątek, 11 marca 2011
Krytyka Krytyki czyli marchewka jest coraz droższa.
Jak wiecie na front urazowy mody i plotki docierają z opóźnieniem - szczególnie zaś te które stanowią paliwo mediów masowych - głownie dlatego, że u nas w dyżurce wciąż unosi się duch lat osiemdziesiątych i jedynka śnieży, a innych kanałów wogóle nie ma. Tak więc niczym obrzydliwy gik, niektóre medialne burze odkrywam w ich odległych rewerberacjach w sieciowych bebechach. W ten oto sposób przez link na Krytyce Politycznej z opóźnieniem trafiłem na aferę Muchy.
Rzeczona Mucha, której z powodów wymienionych w paragrafie pierwszym nie znam, nie wytworzyłem konotacji pomiędzy jej wypowiedziami, a twarzą powiedziała podobno że u ludzi po 85 roku wstawianie endoprotez nie za bardzo ma sens. Powiedziała też podobno (albo nie powiedziała bo przecież wiadomo, że taka wypowiedź gdy stała się wodą na młyn politycznego dyskursu musiała natychmiast zostać przemielona przez aparat dezinormacji) że starsi ludzie traktują wizytę u lekarza jako rozrywkę. Co oburzyło redaktora Krytyki, którą lubię i czytuję bo jest mi do niej blisko światopoglądowo - przynajmniej równie blisko jak do frakcji dżinnaitów w parlamencie indyjskim, każdej opcji polityczno-światopoglądowej w Polsce, radykalnych anarchofaszystów lub dowolnego innego systemu wierzeń.
No i tu pozwolę sobie Krytykę skrytykować - po pierwsze choć wychodzę z innych założeń to co do sensowności tego czy innego rodzaju zabiegu u ludzi starszych mam podobne wnioski - co posługując się metaforą ewolucjonistyczną nazwać można konwergencją i co tłumaczyć może wspólny front niektórych odłamów buddystów i niektórych odłamów prawicy. Tak więc dzięki temu zjawisku wypowiem sąd podobny do pani z partii na którą nie głosowałem (bowiem zawsze głosuje na większe zło).
Wypowiadając się na tematy medyczne, zwłaszcza związane z dostępnością wysokospecjalitycznych procedur warto pamiętać, że opinie na ten temat kształtowane są przez potężne grupy wpływu - koncerny farmaceutyczne, wytwórców implantów olbrzymie koncerny produkujące żywność. Czasami wpływ ten staje się tak duży, że nie pozostawia miejsca na rozsądną kalkulację. Rynek implantów ortopedycznych wart jest tak monstrualne pieniądze, że racjonalny dyskurs o ich wartości jest jak się zdaje niemożliwy. Jak rozumiem intencje pani Muchy nie ocierały się nawet o tą kwestię ale niczym bohater Znaczy Kapitana pani poseł (?) nie wiedziała, ale powiedziała. Powiedziała o jednej z największych bolączek współczesnej medycyny - coraz większy przyrost nakładów na nią owocuje coraz mniejszą skutecznością. Bairo Pite Clinic w której pracowałem ma miesięczny budżet porównywalny z ceną wstawienia jednej protezy, a zatrudnia 60 osób i przyjmuje około 1000 pacjentów miesięcznie. Koszt wstawienia dwóch protez to pieniądze, za które możnaby utrzymać przez miesiąc poradnię lekarza rodzinnego, w której tym dwóm podstępnie pozbawionym protezy pacjentom zamiast potencjalnie zagrażającego życiu zabiegu i dehumanizującego pobytu na oddziale szpitalnym zaoferowano by leczenie zachowawcze, adekwatne leczenie przeciwbólowe, właściwą poradę psychologiczną i przed wszystkim poczucie więzi i przynależności. Tu dotykamy bowiem kolejnej wywołującej zgrozę wypowiedzi pani Muchy - owszem starsi pacjenci nie przychodzą do lekarzy w celach czysto usługowych i tak zgadzam się chodzą w celach szeroko rozumianej rozrywki - rozrywki międzyludzkiego kontaktu, deficytowego towaru w świecie rozpasanego kapitalizmu i erozji plemiennej mentalności. Tego niestety nie znajdą w gabinetach specjalistycznych - w moim przynajmniej przez 4 godziny mam przyjąć 40 pacjentów. Dodam, że BabilonNFZ żąda, żeby przyjąć wszystkich, żeby poświęcić na każdego 10 minut i że nie widzi potrzeby przedłużenia godzin działania Poradni. W tym malsztromie pacjentów pacjenci wrażliwi stają się jeszcze wrażliwsi, a ja nie mam nawet możliwości żeby im pomóc. Trafiają zaś do mnie od lekarzy rodzinnych na szkolenie których nikt nie chce wykładać pieniędzy z założenia bowiem są oni kosztochłonni i pozostają poza sferą zainteresowań medycznych koncernów. Część więc z nich jest więc nieprzygotowana emocjonalnie do swojej pracy - zamiast nawiązać więź ze swoim podopiecznym jedynym ich marzeniem jest odesłać takiego pacjenta do specjalisty (który zazwyczaj jest jeszcze bardziej emocjonalnie niedorozwinięty większość swojego czasu spędza bowiem na doskonaleniu jednej niezrozumiałej dla innych ludzi czynności).
Krytyka optuje za sielankową wizją w której nie istnieją pieniądze. One istnieją - dysponujemy ograniczoną ilością zasobów, a te które posiadamy topnieją. Zamiast malować barwną wizję podstarzałej Marianny prowadzącej zbuntowanych chorych na barykady lepiej może zastanowić się, jak zredystrybuować topniejące zasoby tak by ze służby zdrowia mogli korzystać naprawdę wszyscy - obecna bowiem sytuacja powoduje, że wciąż trwa w medycynie podskórny przepływ gotówki, który całą sytuację bardziej jeszcze destabilizuje, nadal też pociągane są niewidzialne sznurki koneksji. Nasze społeczeństwo musiałoby się jednak nauczyć najpierw egalitaryzmu, a tego w krainie panów i chamów łatwo zrobić się nie da.
I jeszcze na koniec w duchu postulowanego przeze mnie egalitaryzmu - nie uważam, że przynależność do dowolnej grupy społecznej (np ludzi starszych) oznacza, że jej członkowi należy się obligatoryjnie szacunek. Tak samo nie uważam, że istnieją grupy ludzkie do których przynależność (np homoseksualistów) oznacza, że automatycznie jej członek godny jest pogardy. Uważam natomiast, że każdy człowiek indywidualnie zapracowuje sobie na szacunek. Moi staruszkowie często są dla mnie, pozbawionego ich perspektywy czasowej ogromną inspiracją. Czasem jak choćby pan Bukszpan stają się przyczyną frustracji. Podeszły wiek nie broni przed podłością i nie wyklucza wielkości.
Co do rzekomej powszechnej w służbie zdrowia dyskryminacji starszych ludzi - owszem zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć od pani radiolog, którą oderwałem od spożywania chińskiej zupki, że mi nie opisze badania w trybie pilnym bo pacjentce dokładne rozpoznanie u świętego Piotra nie jest potrzebne. Poradziłem sobie bez jej pomocy, pozbawiony jestem bowiem geriatrycznych uprzedzeń, tak samo jak pozbawieni byli ich lekarze pani Masłowskiej. Moja pacjentka mimo swoich 92 lat wyszła ze szpitala o własnych siłach i zaprosiła mnie jeszcze na narty.
Ani jedno, ani drugie zdarzenie nie powinno przyczyniać się do demonizowania czy gloryfikacji lekarzy.
To natomiast, że ktoś kwestionuje sensowność pewnych wydatków na ludzi starszych nie jest nazistowskim spiskiem, na końcu którego czają się obozy koncentracyjne dla starców. To niezbędna część dyskusji na temat tego jak współczesna zachodnia cywilizacja opierająca się na zasadzie kija (system opresji w postaci policji i agend kontroli) i marchewki (obowiązkowy system opieki zdrowotnej, ubezpieczeń społecznych i cała gama szeroko rozumianych narzędzi socjalnego bezpieczeństwa) poradzi sobie z faktem że marchewka jest coraz droższa.
Rzeczona Mucha, której z powodów wymienionych w paragrafie pierwszym nie znam, nie wytworzyłem konotacji pomiędzy jej wypowiedziami, a twarzą powiedziała podobno że u ludzi po 85 roku wstawianie endoprotez nie za bardzo ma sens. Powiedziała też podobno (albo nie powiedziała bo przecież wiadomo, że taka wypowiedź gdy stała się wodą na młyn politycznego dyskursu musiała natychmiast zostać przemielona przez aparat dezinormacji) że starsi ludzie traktują wizytę u lekarza jako rozrywkę. Co oburzyło redaktora Krytyki, którą lubię i czytuję bo jest mi do niej blisko światopoglądowo - przynajmniej równie blisko jak do frakcji dżinnaitów w parlamencie indyjskim, każdej opcji polityczno-światopoglądowej w Polsce, radykalnych anarchofaszystów lub dowolnego innego systemu wierzeń.
No i tu pozwolę sobie Krytykę skrytykować - po pierwsze choć wychodzę z innych założeń to co do sensowności tego czy innego rodzaju zabiegu u ludzi starszych mam podobne wnioski - co posługując się metaforą ewolucjonistyczną nazwać można konwergencją i co tłumaczyć może wspólny front niektórych odłamów buddystów i niektórych odłamów prawicy. Tak więc dzięki temu zjawisku wypowiem sąd podobny do pani z partii na którą nie głosowałem (bowiem zawsze głosuje na większe zło).
Wypowiadając się na tematy medyczne, zwłaszcza związane z dostępnością wysokospecjalitycznych procedur warto pamiętać, że opinie na ten temat kształtowane są przez potężne grupy wpływu - koncerny farmaceutyczne, wytwórców implantów olbrzymie koncerny produkujące żywność. Czasami wpływ ten staje się tak duży, że nie pozostawia miejsca na rozsądną kalkulację. Rynek implantów ortopedycznych wart jest tak monstrualne pieniądze, że racjonalny dyskurs o ich wartości jest jak się zdaje niemożliwy. Jak rozumiem intencje pani Muchy nie ocierały się nawet o tą kwestię ale niczym bohater Znaczy Kapitana pani poseł (?) nie wiedziała, ale powiedziała. Powiedziała o jednej z największych bolączek współczesnej medycyny - coraz większy przyrost nakładów na nią owocuje coraz mniejszą skutecznością. Bairo Pite Clinic w której pracowałem ma miesięczny budżet porównywalny z ceną wstawienia jednej protezy, a zatrudnia 60 osób i przyjmuje około 1000 pacjentów miesięcznie. Koszt wstawienia dwóch protez to pieniądze, za które możnaby utrzymać przez miesiąc poradnię lekarza rodzinnego, w której tym dwóm podstępnie pozbawionym protezy pacjentom zamiast potencjalnie zagrażającego życiu zabiegu i dehumanizującego pobytu na oddziale szpitalnym zaoferowano by leczenie zachowawcze, adekwatne leczenie przeciwbólowe, właściwą poradę psychologiczną i przed wszystkim poczucie więzi i przynależności. Tu dotykamy bowiem kolejnej wywołującej zgrozę wypowiedzi pani Muchy - owszem starsi pacjenci nie przychodzą do lekarzy w celach czysto usługowych i tak zgadzam się chodzą w celach szeroko rozumianej rozrywki - rozrywki międzyludzkiego kontaktu, deficytowego towaru w świecie rozpasanego kapitalizmu i erozji plemiennej mentalności. Tego niestety nie znajdą w gabinetach specjalistycznych - w moim przynajmniej przez 4 godziny mam przyjąć 40 pacjentów. Dodam, że BabilonNFZ żąda, żeby przyjąć wszystkich, żeby poświęcić na każdego 10 minut i że nie widzi potrzeby przedłużenia godzin działania Poradni. W tym malsztromie pacjentów pacjenci wrażliwi stają się jeszcze wrażliwsi, a ja nie mam nawet możliwości żeby im pomóc. Trafiają zaś do mnie od lekarzy rodzinnych na szkolenie których nikt nie chce wykładać pieniędzy z założenia bowiem są oni kosztochłonni i pozostają poza sferą zainteresowań medycznych koncernów. Część więc z nich jest więc nieprzygotowana emocjonalnie do swojej pracy - zamiast nawiązać więź ze swoim podopiecznym jedynym ich marzeniem jest odesłać takiego pacjenta do specjalisty (który zazwyczaj jest jeszcze bardziej emocjonalnie niedorozwinięty większość swojego czasu spędza bowiem na doskonaleniu jednej niezrozumiałej dla innych ludzi czynności).
Krytyka optuje za sielankową wizją w której nie istnieją pieniądze. One istnieją - dysponujemy ograniczoną ilością zasobów, a te które posiadamy topnieją. Zamiast malować barwną wizję podstarzałej Marianny prowadzącej zbuntowanych chorych na barykady lepiej może zastanowić się, jak zredystrybuować topniejące zasoby tak by ze służby zdrowia mogli korzystać naprawdę wszyscy - obecna bowiem sytuacja powoduje, że wciąż trwa w medycynie podskórny przepływ gotówki, który całą sytuację bardziej jeszcze destabilizuje, nadal też pociągane są niewidzialne sznurki koneksji. Nasze społeczeństwo musiałoby się jednak nauczyć najpierw egalitaryzmu, a tego w krainie panów i chamów łatwo zrobić się nie da.
I jeszcze na koniec w duchu postulowanego przeze mnie egalitaryzmu - nie uważam, że przynależność do dowolnej grupy społecznej (np ludzi starszych) oznacza, że jej członkowi należy się obligatoryjnie szacunek. Tak samo nie uważam, że istnieją grupy ludzkie do których przynależność (np homoseksualistów) oznacza, że automatycznie jej członek godny jest pogardy. Uważam natomiast, że każdy człowiek indywidualnie zapracowuje sobie na szacunek. Moi staruszkowie często są dla mnie, pozbawionego ich perspektywy czasowej ogromną inspiracją. Czasem jak choćby pan Bukszpan stają się przyczyną frustracji. Podeszły wiek nie broni przed podłością i nie wyklucza wielkości.
Co do rzekomej powszechnej w służbie zdrowia dyskryminacji starszych ludzi - owszem zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć od pani radiolog, którą oderwałem od spożywania chińskiej zupki, że mi nie opisze badania w trybie pilnym bo pacjentce dokładne rozpoznanie u świętego Piotra nie jest potrzebne. Poradziłem sobie bez jej pomocy, pozbawiony jestem bowiem geriatrycznych uprzedzeń, tak samo jak pozbawieni byli ich lekarze pani Masłowskiej. Moja pacjentka mimo swoich 92 lat wyszła ze szpitala o własnych siłach i zaprosiła mnie jeszcze na narty.
Ani jedno, ani drugie zdarzenie nie powinno przyczyniać się do demonizowania czy gloryfikacji lekarzy.
To natomiast, że ktoś kwestionuje sensowność pewnych wydatków na ludzi starszych nie jest nazistowskim spiskiem, na końcu którego czają się obozy koncentracyjne dla starców. To niezbędna część dyskusji na temat tego jak współczesna zachodnia cywilizacja opierająca się na zasadzie kija (system opresji w postaci policji i agend kontroli) i marchewki (obowiązkowy system opieki zdrowotnej, ubezpieczeń społecznych i cała gama szeroko rozumianych narzędzi socjalnego bezpieczeństwa) poradzi sobie z faktem że marchewka jest coraz droższa.
wtorek, 8 marca 2011
Słowa Ewangelii wg Alberta Schweitzera
Szamani odnoszą sukcesy z tych samych powodów co reszta nas, lekarzy. Każdy pacjent posiada swojego wewnętrznego uzdrowiciela. Przychodzą do nas nie mając o tym pojęcia. Najlepsze co możemy zrobić, to dopuścić do głosu tego lekarza, który przebywa w każdym pacjencie.
[za: Najdalsza Podróż. Misterium i świadomość śmierci. Stanislav Grof]
[za: Najdalsza Podróż. Misterium i świadomość śmierci. Stanislav Grof]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
