Przyjmujemy pana ze złamanymi żebrami. Panu krew kapie do klatki piersiowej. Krwi jest za mało, żeby założyć drenaż więc trzeba go nakłuć igłą. Kłuję go, ale nieskutecznie. Następnego dnia przychodzi pan doktor, który uważa mnie za dość odważnego (jak pamiętacie z odcinka słuchowiska pt. Lekcja). Pan doktor pod kontrolą fluoroskopii wkłuwa się panu i ściąga krew z klatki. Oddaje młodszemu koledze strzykawkę i wychodzi mówiąc - 'Panie doktorze, proszę ściągnąć pacjenta do pięciuset' - w domyśle mililitrów.
Pacjent słyszy to i mówi - Pięćset. Nie ma problemu. Ja mam pieniądze, ja dam na dole.
wtorek, 30 kwietnia 2013
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Bear in mind closely I did not see any actual horrors at the end.
Przeczytałem 'Pompę Numer Sześć' Baccigalupiego. Niezbyt lotny technik stara się utrzymać w sprawności pompę do odpompowywania nieczystości. Jego żona niemal ich nie zabija szukając przecieku gazu z otwartym ogniem. Wcześniej próbowała naprawic podłączone do prądu gniazdko widelcem. Technik idzie do pracy i dowiaduje się, że pompa numer sześć nie działa od dwunastu godzin - jego zastępca nie wiedział, że to ważne żeby naprawic ją od razu - poza tym miał ważniejsze sprawy na głowie: toczył z ich szefową bitwę na rolki papieru toaletowego. Technik jest jedyną osobą, która umie czytać. Naprawia pompę, ale ta się wkrótce znów psuje. Schodzi do niej i odkrywa, że nikt jej od ponad trzydziestu lat nie serwisował. Dzwoni do producenta, ale firma jest zamknięta od piętnastu lat. Usiłuje zrozumieć dołączony do niej schemat, ale to za trudne. Postanawia pójśc na politechnikę, żeby z kimś o tym porozmawiać. Po campusie biegają nadzy, kopulujący bez ustanku studenci. Nikt nie wie, gdzie znajduje się Wydział Mechaniczny. Technik błąka się. Studenci nie rozumieją zadawanych im pytań. W końcu okazuje się, że na uczelni nie ma już wykładowców. Wydziały są pozamykane na łańcuchy. Trafia do biblioteki i tam spotyka stara kobietę, która z pistoletem w ręku pilnuje książek - 'żeby studenci nie zużywali ich do rozpalania ognisk'. Kobieta tłumaczy mu, że nie ma juz nikogo, kto prowadziłby zajęcia, że tacy ludzie jak on którzy są w stanie zrozumieć choćby najprostszy schemat są już przeszłością. Cywilizacja toczy się siłą rozpędu.
Wczoraj przyjeżdża karetka. Ratownicy przepraszają, że się tu pojawili wiedzą, że to niewłaściwe miejsce. Doktor kazał. Gdzie jest doktor? Zasnął z głową na desce rozdzielczej. Zaraz przyjdzie.
Przychodzi. Zatacza się ketaminowym krokiem. Ćpuńskim ruchem wije się wokół pacjenta. Podchodzi do niego i patrzę jak w burroughsowskim bad tripie widzi coś na głowie chorego. Zdejmuje choremu krawat i zawiązuje mu go na czole. 'On nie ma urazu głowy' mówi gdy już schowa pod krawatem rany.
Dziś idę obejrzeć odleżynę na kości krzyżowej pacjentki z innego oddziału. Przyszła z małym ropniem na ramieniu. Zanim ktoś go zauważył był już olbrzymi. Zanim naciął wyhodowano jej odleżynę. Teraz leży w sepsie na oddziale intensywnej terapii. Zdejmuję opatrunek - dzikie mięso, zgniłe pośladki, ropa.
Za trzy dni będzie przesilenie. 21 grudnia. Dzień wielkiej obecności.
Leżę wieczorem w łóżku i nie daje mi spokoju oplatająca te wszystkie zdarzenia nieuchwytna nić. Jakby były wszystkie przejawem tego co dawno zdyskredytowany Bohm nazywał 'ukrytą strukturą'. Myślę nad jej kształtem, nad tym co się rysuje na krawędziach tych niezwiązanych historii. Myślę, że lepiej by ta struktura pozostała ukryta, bo im więcej o niej myślę tym bardziej nie chcę jej odkryć. Gdyby ją bowiem ujrzeć podzielić by można los Marinusa Bicknella Willetta:
The explorer trembled, unwilling even to imagine what noxious thing might be lurking in that abyss, but in a moment mustered up the courage to peer over the rough-hewn brink; lying at full length and holding the torch downward at arm's length to see what might lie below. For a second he could distinguish nothing but the slimy, moss-grown brick walls sinking illimitably into that half-tangible miasma of murk and foulness and anguished frenzy; and then he saw that something dark was leaping clumsily and frantically up and down at the bottom of the narrow shaft, which must have been from twenty to twenty-five feet below the stone floor where he lay. The torch shook in his hand, but he looked again to see what manner of living creature might be immured there in the darkness of that unnatural well; [...]
But Marinus Bicknell Willett was sorry that he looked again; for surgeon and veteran of the dissecting-room though he was, he has not been the same since. It is hard to explain just how a single sight of a tangible object with measurable dimensions could so shake and change a man; [...] In that second look Willett saw such an outline or entity, for during the next few instants he was undoubtedly as stark raving mad as any inmate of Dr. Waite's private hospital. He dropped the electric torch from a hand drained of muscular power or nervous coördination, nor heeded the sound of crunching teeth which told of its fate at the bottom of the pit. He screamed and screamed and screamed in a voice whose falsetto panic no acquaintance of his would ever have recognised; and though he could not rise to his feet he crawled and rolled desperately away from the damp pavement where dozens of Tartarean wells poured forth their exhausted whining and yelping to answer his own insane cries. He tore his hands on the rough, loose stones, and many times bruised his head against the frequent pillars, but still he kept on. Then at last he slowly came to himself in the utter blackness and stench, and stopped his ears against the droning wail into which the burst of yelping had subsided. He was drenched with perspiration and without means of producing a light; stricken and unnerved in the abysmal blackness and horror, and crushed with a memory he never could efface. Beneath him dozens of those things still lived, and from one of those shafts the cover was removed. He knew that what he had seen could never climb up the slippery walls, yet shuddered at the thought that some obscure foot-hold might exist.
What the thing was, he would never tell.
Wczoraj przyjeżdża karetka. Ratownicy przepraszają, że się tu pojawili wiedzą, że to niewłaściwe miejsce. Doktor kazał. Gdzie jest doktor? Zasnął z głową na desce rozdzielczej. Zaraz przyjdzie.
Przychodzi. Zatacza się ketaminowym krokiem. Ćpuńskim ruchem wije się wokół pacjenta. Podchodzi do niego i patrzę jak w burroughsowskim bad tripie widzi coś na głowie chorego. Zdejmuje choremu krawat i zawiązuje mu go na czole. 'On nie ma urazu głowy' mówi gdy już schowa pod krawatem rany.
Dziś idę obejrzeć odleżynę na kości krzyżowej pacjentki z innego oddziału. Przyszła z małym ropniem na ramieniu. Zanim ktoś go zauważył był już olbrzymi. Zanim naciął wyhodowano jej odleżynę. Teraz leży w sepsie na oddziale intensywnej terapii. Zdejmuję opatrunek - dzikie mięso, zgniłe pośladki, ropa.
Za trzy dni będzie przesilenie. 21 grudnia. Dzień wielkiej obecności.
Leżę wieczorem w łóżku i nie daje mi spokoju oplatająca te wszystkie zdarzenia nieuchwytna nić. Jakby były wszystkie przejawem tego co dawno zdyskredytowany Bohm nazywał 'ukrytą strukturą'. Myślę nad jej kształtem, nad tym co się rysuje na krawędziach tych niezwiązanych historii. Myślę, że lepiej by ta struktura pozostała ukryta, bo im więcej o niej myślę tym bardziej nie chcę jej odkryć. Gdyby ją bowiem ujrzeć podzielić by można los Marinusa Bicknella Willetta:
The explorer trembled, unwilling even to imagine what noxious thing might be lurking in that abyss, but in a moment mustered up the courage to peer over the rough-hewn brink; lying at full length and holding the torch downward at arm's length to see what might lie below. For a second he could distinguish nothing but the slimy, moss-grown brick walls sinking illimitably into that half-tangible miasma of murk and foulness and anguished frenzy; and then he saw that something dark was leaping clumsily and frantically up and down at the bottom of the narrow shaft, which must have been from twenty to twenty-five feet below the stone floor where he lay. The torch shook in his hand, but he looked again to see what manner of living creature might be immured there in the darkness of that unnatural well; [...]
But Marinus Bicknell Willett was sorry that he looked again; for surgeon and veteran of the dissecting-room though he was, he has not been the same since. It is hard to explain just how a single sight of a tangible object with measurable dimensions could so shake and change a man; [...] In that second look Willett saw such an outline or entity, for during the next few instants he was undoubtedly as stark raving mad as any inmate of Dr. Waite's private hospital. He dropped the electric torch from a hand drained of muscular power or nervous coördination, nor heeded the sound of crunching teeth which told of its fate at the bottom of the pit. He screamed and screamed and screamed in a voice whose falsetto panic no acquaintance of his would ever have recognised; and though he could not rise to his feet he crawled and rolled desperately away from the damp pavement where dozens of Tartarean wells poured forth their exhausted whining and yelping to answer his own insane cries. He tore his hands on the rough, loose stones, and many times bruised his head against the frequent pillars, but still he kept on. Then at last he slowly came to himself in the utter blackness and stench, and stopped his ears against the droning wail into which the burst of yelping had subsided. He was drenched with perspiration and without means of producing a light; stricken and unnerved in the abysmal blackness and horror, and crushed with a memory he never could efface. Beneath him dozens of those things still lived, and from one of those shafts the cover was removed. He knew that what he had seen could never climb up the slippery walls, yet shuddered at the thought that some obscure foot-hold might exist.
What the thing was, he would never tell.
środa, 29 sierpnia 2012
Moja kapsuła czasu.
Siedemdziesiąt dwa lata temu pani De Florian przekręciła klucz w drzwiach swojego paryskiego mieszkania by już nigdy do niego nie powrócić. Mieszkanie zostało ponownie otwarte dwa lata temu - jedna z wielu rozrzuconych po świecie kapsuł czasu... Zasnute pajęczynami zdjęcia przypomniały mi się kiedy otworzyłem swoją kapsułę: ropień wywołany bakterią uśpioną w piszczeli pacjentki od ponad 30 lat. Kiedy przyszły wyniki bakteriologiczne pomyślałem sobie, że złote czasy już minęły. Takich wyników właściwie nigdy nie widziałem. Gronkowiec złocisty wrażliwy na wszystkie antybiotyki, z wystrzelonymi w kosmos MBQ (im wyższe tym skuteczniejszy dany antybiotyk). Dziś takich bakterii już nie ma. Dziś są takie jak ta którą wyhodowałem z nogi młodego mężczyzny - podgatunek gronkowca [Staphylococcus hominis . novobioticus - SHN] - jest tak świeży, że bezwładność systemowa laboratoriów powoduje, że nadal automatycznie zaliczany jest do innego gatunku mimo, że w istotny sposób się od niego różni. Jeszcze w 2002 odnotowano w USA zaledwie 21 infekcji nim spowodowanych, a teraz jak widać jest już dookoła nas, mistrz przetrwania obudowany wzmocnionym pancerzem, który powoduje, że nie działa na niego wankomycyna. Wankomycyna! Antybiotyk, o którym na studiach uczyłem się, że jest antybiotykiem ostatniej szansy w ciężkich zakażeniach, a który teraz używany jest w profilaktyce zakażeń. W latach 70 gdy pani zaraziła się swoim oldskulowym gronkowcem wprowadzono na rynek ponad 23 antybiotyki. Tymczasem przez ostatnie 12 lat tylko zarejestrowano tylko sześć nowych z czego w Polsce do obrotu dopuszczono zaledwie 3. Tamte były tanie jak barszcz. Ceny nowych wahają się od 2000 do 4000 PLN za opakowanie. Wielolekooporna gruźlica [MDR TB], która kiedyś stanowiła 2% wszystkich zdiagnozowanych przypadków gruźlicy stanowi teraz 28% nowych przypadków gruźlicy diagnozowanych rocznie w północno-zachodniej Rosji. W badaniach z 2006 w RPA 1/4 zdiagnozowanych przypadków wielolekoopornej grużlicy stanowiły prątki gruźlicy opornej na leczenie [XDR TB]. Jak się ocenia koszt leczenia jednego takiego przypadku sięga około pół miliona dolarów. W USA pojawiły się szczepy rzeżączki opornej na antybiotyki, a ja ostatnio wypisywałem do domu pacjenta po ciężkim zakażeniu, które wymagało chirurgicznej interwencji.
- Da mi pan jeszcze jakiś lek do domu panie doktorze - zapytał?
Mogłem mu tylko powiedzieć, że leków które mogą potencjalnie zwalczać jego infekcję nie wolno podawać poza szpitalem.
Einstein powiedział podobno, że nie wie jaka broń zostanie użyta w III wojnie światowej, ale w IV zapewne już tylko kije. Przez analogię nasuwa się myśl, że być może żyjące teraz pokolenie umierać będzie głownie z powodu nowotworów i braku narządów do przeszczepów. Następne jednak umierać będzie najcześciej tak jak i do lat 30 zeszłego stulecia na zapalenie płuc i gruźlicę.
- Da mi pan jeszcze jakiś lek do domu panie doktorze - zapytał?
Mogłem mu tylko powiedzieć, że leków które mogą potencjalnie zwalczać jego infekcję nie wolno podawać poza szpitalem.
Einstein powiedział podobno, że nie wie jaka broń zostanie użyta w III wojnie światowej, ale w IV zapewne już tylko kije. Przez analogię nasuwa się myśl, że być może żyjące teraz pokolenie umierać będzie głownie z powodu nowotworów i braku narządów do przeszczepów. Następne jednak umierać będzie najcześciej tak jak i do lat 30 zeszłego stulecia na zapalenie płuc i gruźlicę.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Najwierniejsi uczniowie
Chirurgia jest biologiczna. Nie w swojej materii, ale strukturze zorganizowanej na zasadzie pokarmowego łańcucha - żryj i nie daj się zeżreć. Nauka chirurgii to od początku gorący oddech na karku tych którzy są za tobą i deptanie po odciskach tych których są przed tobą. Nieustanne pole rywalizacji, podchodów, kalumni, bezwzględnej walki o operacyjny stół kłamstw teatralnych okrzyków w gabinetach 'panie kto to tak panu spierdolił' i równie fałszywych zapewnień 'tylko ja potrafię pani pomóc'. Na dnie pokarmowej piramidy najmłodsi walczą o ochłapy jak popiołożercy, jak podrzędni kelnerzy z Hollywood , potencjalni celebryci, tak też i tutaj ta chirurgiczna szumowina z nabożną czcią zbiera zakrwawione szmaty po władcach operacyjnych stołów z cichą determinacją obiecując sobie, że i oni tacy będą i że po nich będą podnosić szmaty z czcią, obcinać przez dziesięciolecia węzełki, rządki niewolników z naręczami goździków na imieniny pana profesora, pana ordynatora, pana operatora.
A na tym szczycie jest jak w fortecy oblężonej ludzką falą, wieża z kości słoniowej pod nieustającym szturmem, masą ludzkiej aspiracji, którą pan lub pani profesor rozpędza kopniakami.
Póki sił im starcza.
Słynnemu jednemu z miasta K. ostatnio nie starczyło. Od tego nadymania się i robienia się większym niż jest (a musiał tak robić, znów bowiem ten który był przed nim traktował go całe życie jak parobka jak ludzki ochłap i wciąż póki mu płytki alzheimerowskie nie zeżarły mózgu pociągał z tylnich siedzeń za sznurki) pękła mu żyłka w środku. A właściwie ściana tętnicy się rozwarstwiła. I on z ta bombą w brzuchu się zawlókł - ale nie do siebie do szpitala. Nie, on się do Wiednia zawlókł ryzykując życie. A czemu ryzykował? Bo w jego szpitalu już zebrał się zespół operacyjny - czterech ich było każdy w ręku miał nóż, nie, skalpel właściwie i czekali tam żeby go zabić - O nóż mi się omsknął, a pan profesor wpadł we wstrząs. Wszystkie jego dzieci czekały tam, uczniowie jego których sam sobie wychował. Stali przy stole z nożami w ręku i już się podzielili schedą po nim. Ale on to wyczuł jak zwierz osaczony i się do Wiednia dowlókł, a już w takim był stanie że po zabiegu wylądował na respiratorze i czwórka pod nosem zaczęła się uśmiechać i dzielić tym czym mieli się podzielić gdyby to oni operowali. Ale prof się z respiratora urwał i wrócił nimi pogardzać jak ludzkim ścierwem, a oni schowali noże i stanęli grzecznie z naręczami goździków na schodach kliniki.
A na tym szczycie jest jak w fortecy oblężonej ludzką falą, wieża z kości słoniowej pod nieustającym szturmem, masą ludzkiej aspiracji, którą pan lub pani profesor rozpędza kopniakami.
Póki sił im starcza.
Słynnemu jednemu z miasta K. ostatnio nie starczyło. Od tego nadymania się i robienia się większym niż jest (a musiał tak robić, znów bowiem ten który był przed nim traktował go całe życie jak parobka jak ludzki ochłap i wciąż póki mu płytki alzheimerowskie nie zeżarły mózgu pociągał z tylnich siedzeń za sznurki) pękła mu żyłka w środku. A właściwie ściana tętnicy się rozwarstwiła. I on z ta bombą w brzuchu się zawlókł - ale nie do siebie do szpitala. Nie, on się do Wiednia zawlókł ryzykując życie. A czemu ryzykował? Bo w jego szpitalu już zebrał się zespół operacyjny - czterech ich było każdy w ręku miał nóż, nie, skalpel właściwie i czekali tam żeby go zabić - O nóż mi się omsknął, a pan profesor wpadł we wstrząs. Wszystkie jego dzieci czekały tam, uczniowie jego których sam sobie wychował. Stali przy stole z nożami w ręku i już się podzielili schedą po nim. Ale on to wyczuł jak zwierz osaczony i się do Wiednia dowlókł, a już w takim był stanie że po zabiegu wylądował na respiratorze i czwórka pod nosem zaczęła się uśmiechać i dzielić tym czym mieli się podzielić gdyby to oni operowali. Ale prof się z respiratora urwał i wrócił nimi pogardzać jak ludzkim ścierwem, a oni schowali noże i stanęli grzecznie z naręczami goździków na schodach kliniki.
niedziela, 19 sierpnia 2012
J'irai cracher sur vos tombes
Na stoliku niedojedzone sushi.
'Mogę kawałek' - pytam
'Weź wszystko' - mówi pielęgniarka.
'Wszystko?'
'Wszystko. Wzięła mnie ochota ale zjadłam kawałek i zaraz mi przeszło. Za to od razu mam chęć na czekoladę.'
'Może to ciąża?- żartuję żonglując maki, a ona nagle robi się czerwona i blisko płaczu
'Czekam.' mówi
'To chyba byłoby dobrze?'
'Nawet nie wiesz jak bardzo niedobrze.' mówi i widać, że mówi serio. Wisi to nad nią jak wyrok - dziewięć miesięcy w więzieniu swojego ciała. Z jakiegoś powodu, o który nie mam bezczelności pytać
A później dzwoni moja wspaniała przyjaciółka. Wczoraj u niej byłem i siedzieliśmy obok siebie przedzieleni cienką dyktą a ona powiedziała w tej półmrocznej izolacji, która sprzyja intymności
'Chyba jestem w ciąży' ale nie wziąłem tego na poważnie
Ale dzisiaj dzwoni bo na plastikowym baciku, na kajdankach za 15 złotych pojawiły się dwa paseczki zamiast jednego.
Tu też nie będę wnikał czemu dla niej miałby to być wyrok. To nie o tym historia, a za dużo szczegółów by ją zidentyfikowało - a w świecie w którym nic już nie zostało jedyne w czym powinno się móc zaufać lekarzowi to jego bezwarunkowemu milczeniu.
'Co możemy zrobić?'
W aptekach są pigułki, a w Internecie adresy skąd przysyłają te których w aptekach nie ma.
Oczywiście, że jej pomogę bo ktos zamienił ją w worek do noszenia macicy. Nie pozostawił wyboru. I mi też nie pozostawił. Dam więc jej pewnie te tabletki u niej w domu, a ten dom jest daleko od cywilizacji, a ona nie może go opuścić, dam jej wiedząc że mogą ją zabić, że może się skrwawić i że nie będę miał ze sobą nic oprócz pary rąk, która może i wie jak hamować upływ krwi rozlanej nożem, głupotą, wypadkiem. Ale jak zatrzymać upływ krwi spowodowany własną ręką? I dlatego też władcy i władczynie macic. Obrońcy zygot składających się z 64 komórek. Zygot z których i tak połowa umiera. Wy wszyscy, którzy macie rację. Strzeżcie się. Bo może i tak jesteście już martwi, jesteście jak zombi pozbawione współczucia. Ale jeszcze nie umarliście. A kiedy się to zdarzy przyjdę i napluję na wasze groby.
Napluję w imieniu tej kobiety, której nie chciano zrobić badań prenatalnych a gdy w końcu do nich doprowadziła i okazało się, że dziecko ma wadę nie chciano ciąży usunąć bo jest już za późno. W imieniu młodej Holenderki, która całą noc chodziła po K. prosząc by jakiś ginekolog wypisał jej antykoncepcję post i nie mogła zrozumieć czemu w końcu zrobił to chirurg urazowy. W imieniu tych wszystkich których zniewalacie pod sztandarami RACJI. Zamieniacie w więźniarki macicy. Jebcie się.
'Mogę kawałek' - pytam
'Weź wszystko' - mówi pielęgniarka.
'Wszystko?'
'Wszystko. Wzięła mnie ochota ale zjadłam kawałek i zaraz mi przeszło. Za to od razu mam chęć na czekoladę.'
'Może to ciąża?- żartuję żonglując maki, a ona nagle robi się czerwona i blisko płaczu
'Czekam.' mówi
'To chyba byłoby dobrze?'
'Nawet nie wiesz jak bardzo niedobrze.' mówi i widać, że mówi serio. Wisi to nad nią jak wyrok - dziewięć miesięcy w więzieniu swojego ciała. Z jakiegoś powodu, o który nie mam bezczelności pytać
A później dzwoni moja wspaniała przyjaciółka. Wczoraj u niej byłem i siedzieliśmy obok siebie przedzieleni cienką dyktą a ona powiedziała w tej półmrocznej izolacji, która sprzyja intymności
'Chyba jestem w ciąży' ale nie wziąłem tego na poważnie
Ale dzisiaj dzwoni bo na plastikowym baciku, na kajdankach za 15 złotych pojawiły się dwa paseczki zamiast jednego.
Tu też nie będę wnikał czemu dla niej miałby to być wyrok. To nie o tym historia, a za dużo szczegółów by ją zidentyfikowało - a w świecie w którym nic już nie zostało jedyne w czym powinno się móc zaufać lekarzowi to jego bezwarunkowemu milczeniu.
'Co możemy zrobić?'
W aptekach są pigułki, a w Internecie adresy skąd przysyłają te których w aptekach nie ma.
Oczywiście, że jej pomogę bo ktos zamienił ją w worek do noszenia macicy. Nie pozostawił wyboru. I mi też nie pozostawił. Dam więc jej pewnie te tabletki u niej w domu, a ten dom jest daleko od cywilizacji, a ona nie może go opuścić, dam jej wiedząc że mogą ją zabić, że może się skrwawić i że nie będę miał ze sobą nic oprócz pary rąk, która może i wie jak hamować upływ krwi rozlanej nożem, głupotą, wypadkiem. Ale jak zatrzymać upływ krwi spowodowany własną ręką? I dlatego też władcy i władczynie macic. Obrońcy zygot składających się z 64 komórek. Zygot z których i tak połowa umiera. Wy wszyscy, którzy macie rację. Strzeżcie się. Bo może i tak jesteście już martwi, jesteście jak zombi pozbawione współczucia. Ale jeszcze nie umarliście. A kiedy się to zdarzy przyjdę i napluję na wasze groby.
Napluję w imieniu tej kobiety, której nie chciano zrobić badań prenatalnych a gdy w końcu do nich doprowadziła i okazało się, że dziecko ma wadę nie chciano ciąży usunąć bo jest już za późno. W imieniu młodej Holenderki, która całą noc chodziła po K. prosząc by jakiś ginekolog wypisał jej antykoncepcję post i nie mogła zrozumieć czemu w końcu zrobił to chirurg urazowy. W imieniu tych wszystkich których zniewalacie pod sztandarami RACJI. Zamieniacie w więźniarki macicy. Jebcie się.
środa, 1 sierpnia 2012
Pan jeszcze musi się trochę nauczyć...
Zatrzymuje mnie na skrzyżowaniu pan, który uciekł Sienkiewiczowi z ksiązki o kozakach. Ma wąs kozacki, wygolone skronie i kucyk. Rozdaje ulotki. Do mnie mówi tak - 'A jakby pan miał firmę to ja panu zrobię reklamę. Ma Pan?'
Na co ja odpowiadam 'Mam, ale za reklamę dziękuję, Wie Pan, to praktyka lekarska, a ja na razie pacjentów nie potrzebuję.' (w domyśle - przyjmuję ponad 100 osób tygodniowo i na więcej nie mam prądu)
Pan spogląda na mnie, krótko ocenia dredy i podarte rękawiczki rowerowe:
'No jasne, rozumiem. Pan się jeszcze musi trochę nauczyć...'
Kurtyna.
Na co ja odpowiadam 'Mam, ale za reklamę dziękuję, Wie Pan, to praktyka lekarska, a ja na razie pacjentów nie potrzebuję.' (w domyśle - przyjmuję ponad 100 osób tygodniowo i na więcej nie mam prądu)
Pan spogląda na mnie, krótko ocenia dredy i podarte rękawiczki rowerowe:
'No jasne, rozumiem. Pan się jeszcze musi trochę nauczyć...'
Kurtyna.
niedziela, 24 czerwca 2012
O tym już pisaliśmy...
Ulubiona sieć dystrybucji Dra Benway'a przechodzi testy w Afganistanie:
http://suburra.com/blog/2012/05/10/scorpions/
http://suburra.com/blog/2012/05/10/scorpions/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
